Z anticolem mam podwójne doświadczenia, gdyż z jednej strony piła moja przyjaciółka nazwijmy ją L. a z drugiej ja. Obie próbowałyśmy magii anticolu licząc, że to będzie nasz "lek na całe zło".
Jestem po kilku terapiach i przestałam pić przez zmianę myślenia. To był długi i żmudny proces, który wymagał konsekwencji, skupienia i pełnego zaangażowania. Aby zmienić myślenie a zatem SIEBIE - trzeba poświęcić czas, energię i zrezygnować ze znajomych z którymi się piło. Czy warto?
Tak. Zdecydowanie TAK!
Tylko wyleczenie chorego, spętanego umysłu może wyleczyć z picia. Nie ma tu prostych i łatwych rozwązań. Oczywiście nie da się wyleczyć z alkoholizmu, ale terapia pozwala wejść na drogę trzeźwego i zdrowego życia.
Wg mnie inne środki jak esperal czy anticol to tylko zaleczenia. W końcu trzeba będzie żyć bez nich więc stosowanie takich środków zaradczych odsuwa w czasie prawdziwy proces zdrowienia. Rozumiem dramat żon, matek, mężów którzy obserwując swoje ukochane, chore osoby próbują szybko coś zrobić. Chcą pomóc, działać, szukają pomocy a ponieważ pojawiła się choroba więc poszukiwany jest lek. Niestety w tej chorobie tabletka czy wszywka nie pomoże a jedynie na chwilę zablokuje objawy.
Podczas walki z piciem wzięłam parokrotnie anticol, jednak raz, będąc na strasznym głodzie- zapiłam. Bogu dzięki nic mi się nie stało (jest % ludzi na który to nie działa).
Moja przyjaciółka z kolei zapiła 1 dzień po wzięciu anticolu i omało nie zmarła. Miała duszności, była cała czerwona, serce waliło jej jak oszalałe i co chwila omdlewała. Gdyby zapiła w dzień wzięcia tabletki - to dzisiaj by nie żyła.
Wg mnie anticol jest niebezpieczny bo zamiast pomóc może zabić. Jeśli nie jest odpowiednio leczona psychika, to złamanie abstynencji na anticolu zabije. Jest to miecz obosieczny- potrafi sztucznie powstrzymać picie ale zarazem jeśli ktoś się złamie to wyląduje w grobie.
Anticol i esperal staje się często nadzieją na szybkie i skuteczne wyleczenie z choroby. Nic bardziej mylnego. To ani nie jest skuteczne ani nie wyleczy - jedynie na siłę zablokuje objawy. Choroba tkwi w umyśle a na to anticol nie działa.
Blog poświęcony jest tematom takim jak: samorozwój, kariera, praca, walka ze stresem, szczęście, zdrowe relacje, związek, wgląd w siebie, pewność siebie, samoakceptacja, inteligencja emocjonalna, NLP, uzależnienie, alkoholizm, AA, strach, lęk.
sobota, 2 listopada 2013
niedziela, 27 października 2013
Abstynent na firmowej imprezie
Pracuję jako manager w branży IT. Odpowiadam za relacje z klientami i handlowcami. Część tych relacji to sfera półprywatna i nieoficjalna.
W poprzedniej firmie na zaproszenia na wódkę od dyrektorów i innych managerów odpowiadałam szczerze i otwarcie: chętnie przyjdę się z wami pobawić, tylko wiecie, ja nie piję alkoholu.
Na samej imprezie mimo konkretnych i krótkich odpowiedzi z mojej strony (nie mam problemów z asertywnym odmawianiem) - nie mogłam opędzić się od pytań:
"no ale jak to nie pijesz? NIGDY?",
"autem jesteś? masz tu kwit, wracaj taxą na koszt fimy"
"jak nie pijesz to co tu robisz?"
i moje ulubione: "Nie pijesz? Przecież jesteś managerem marketingu!"To usłyszałam od dyrektora handlowego.
Z czasem byłam coraz rzadziej zapraszana na imprezy albo miałam wbijane szpilki typu "Tylko wiecie nie możemy za bardzo szaleć, bo w pokoj będzie jedna osoba trzeźwa więc mamy cenzurę"
Obecnie w mojej firmie nie mówię, że nie piję NIGDY. Kurcze jaką to robi GIGANTYCZNĄ różnicę!
Mówię nadal szczerze: "dzisiaj nie piję bo nie mam ochoty" ale pomijam fakt, że nie piję wcale.
Dzięki temu odzyskałam w tej sferze spokój.
Ta drobna różnica sprawia, ż nie jestem traktowana jak wybryk natury i dziwoląg.
Wcześniej narażałam się na niekomfortowe sytuacje i traciłam w oczach niektórych "ważnych" osób. Ich ocena była niemądra i niesprawiedliwa ale nadal były to osoby decydujące o moim awansie i podwyżce.
Obecne podejście - nadal szczere- jest dla mnie zdrowsze i bezpieczniejsze:)
Są branże - np. budowlanka, gdzie podczas rozmowy o pracę, mówiąc o swojej abstynencji mamy WIĘKSZE szanse na zdobycie posady. Ostatnio kolega z grupy opisywał swoją rozmowę rekrutacyjną i był naprawdę szczęśliwy, że mógł o swoim niepiciu mówić tak otwarcie.
Z moich obserwacji wynika jednak, że są branże gdzie wspólne picie z klientami jest nieoficjalną formą działań PR i tutaj jawna abstynencja jest niestety niemile widziana.
Wg mnie nie istnieje tu jedno modelowe rozwiązanie dobre dla każdego. U mnie - głośne mówienie, że nie piję nigdy wpędzało mnie w poczucie gorszości, byłam traktowana inaczej i narażałam się na stresujące sytuacje oraz grad pytań ze strony szefostwa.
Obecne rozwiązanie daje mi luz i tak potrzebny w tej chorobie spokój:)
W poprzedniej firmie na zaproszenia na wódkę od dyrektorów i innych managerów odpowiadałam szczerze i otwarcie: chętnie przyjdę się z wami pobawić, tylko wiecie, ja nie piję alkoholu.
Na samej imprezie mimo konkretnych i krótkich odpowiedzi z mojej strony (nie mam problemów z asertywnym odmawianiem) - nie mogłam opędzić się od pytań:
"no ale jak to nie pijesz? NIGDY?",
"autem jesteś? masz tu kwit, wracaj taxą na koszt fimy"
"jak nie pijesz to co tu robisz?"
i moje ulubione: "Nie pijesz? Przecież jesteś managerem marketingu!"To usłyszałam od dyrektora handlowego.
Z czasem byłam coraz rzadziej zapraszana na imprezy albo miałam wbijane szpilki typu "Tylko wiecie nie możemy za bardzo szaleć, bo w pokoj będzie jedna osoba trzeźwa więc mamy cenzurę"
Obecnie w mojej firmie nie mówię, że nie piję NIGDY. Kurcze jaką to robi GIGANTYCZNĄ różnicę!
Mówię nadal szczerze: "dzisiaj nie piję bo nie mam ochoty" ale pomijam fakt, że nie piję wcale.
Dzięki temu odzyskałam w tej sferze spokój.
Ta drobna różnica sprawia, ż nie jestem traktowana jak wybryk natury i dziwoląg.
Wcześniej narażałam się na niekomfortowe sytuacje i traciłam w oczach niektórych "ważnych" osób. Ich ocena była niemądra i niesprawiedliwa ale nadal były to osoby decydujące o moim awansie i podwyżce.
Obecne podejście - nadal szczere- jest dla mnie zdrowsze i bezpieczniejsze:)
Są branże - np. budowlanka, gdzie podczas rozmowy o pracę, mówiąc o swojej abstynencji mamy WIĘKSZE szanse na zdobycie posady. Ostatnio kolega z grupy opisywał swoją rozmowę rekrutacyjną i był naprawdę szczęśliwy, że mógł o swoim niepiciu mówić tak otwarcie.
Z moich obserwacji wynika jednak, że są branże gdzie wspólne picie z klientami jest nieoficjalną formą działań PR i tutaj jawna abstynencja jest niestety niemile widziana.
Wg mnie nie istnieje tu jedno modelowe rozwiązanie dobre dla każdego. U mnie - głośne mówienie, że nie piję nigdy wpędzało mnie w poczucie gorszości, byłam traktowana inaczej i narażałam się na stresujące sytuacje oraz grad pytań ze strony szefostwa.
Obecne rozwiązanie daje mi luz i tak potrzebny w tej chorobie spokój:)
sobota, 26 października 2013
Pod włos
Uwielbiam,wczuwam się w każdy wers i odlatuję...
ile jest drzew zrośniętych korzeniami?
ile jest miejsc do dzisiaj nienazwanych?
ile jest wart spokój bez zamętu?
ile ma strach kryjówek w każdym cieniu?
ilu w tej chwili ludzi ogląda świt?
ile przed snem przypełza dziwnych myśli?
ile mam szans żeby cię przekonać?
nie musisz mnie znać, nigdy do końca
niech się tli, niech umyka, tak na stałe nietrwale
niech narasta aż po ból,
niech wybucha w nagłym szale
niech oplata tęsknotą, w łonie karmi motyle
paralotnią nas niesie między bytem a niebytem
wciąż pod włos
ile jest próśb trudnych do spełnienia?
ile jest zmian pozornie bez znaczenia?
ile się kryje między wyrazami?
nie pytaj mnie już co będzie dalej
niech się tli, niech umyka, tak na stałe nietrwale
niech narasta aż po ból,
niech wybucha w nagłym szale
niech oplata tęsknotą, w łonie karmi motyle
paralotnią nas niesie między bytem a niebytem
wciąż pod włos
ile jest drzew zrośniętych korzeniami?
ile jest miejsc do dzisiaj nienazwanych?
ile jest wart spokój bez zamętu?
ile ma strach kryjówek w każdym cieniu?
ilu w tej chwili ludzi ogląda świt?
ile przed snem przypełza dziwnych myśli?
ile mam szans żeby cię przekonać?
nie musisz mnie znać, nigdy do końca
niech się tli, niech umyka, tak na stałe nietrwale
niech narasta aż po ból,
niech wybucha w nagłym szale
niech oplata tęsknotą, w łonie karmi motyle
paralotnią nas niesie między bytem a niebytem
wciąż pod włos
ile jest próśb trudnych do spełnienia?
ile jest zmian pozornie bez znaczenia?
ile się kryje między wyrazami?
nie pytaj mnie już co będzie dalej
niech się tli, niech umyka, tak na stałe nietrwale
niech narasta aż po ból,
niech wybucha w nagłym szale
niech oplata tęsknotą, w łonie karmi motyle
paralotnią nas niesie między bytem a niebytem
wciąż pod włos
czwartek, 24 października 2013
List do Doroty G.
Dorotko,
Poznałyśmy się ponad 3 lata temu. Pamietasz zobaczyłyśmy się na lotnisku w Warszawie w drodze na Kanary. Do dziś wyspy kanaryjskie kojarzą mi się z Tobą.
Widzisz kochana, mam prooblem z którym borykam się od 12lat. Jestem alkoholiczką - zaczęłam pić (czyt. chlać sama, wieczorami w domu) w wieku 16lat. Potem przyszły ciężkie studia i jeszcze cięższa praca. Każdego dnia w stresie, zawsze robiłam wszystko perfekcyjnie i nad wyraz odpowiedzialnie. Presję (zarówno prawdziwą jak i tę moją - wyimaginowaną) odreagowywałam imprezami i samotnym, smutnym piciem w domu.
W pewnym momencie życia zorientowałam się, że mam problem. Duży problem. Przestałam pić na 3 lata jednak wtedy - zrobiłam to tylko siłą woli - bez żadnego wsparcia terapeutycznego.
Przez te 3 lata ciśnienie, stres, nerwy i paniczne lęki narastały niczym balon. Do tego doszedł głód alkoholowy, poczucie gorszości i wszechogarniającego bezsensu.
Wtedy nie znałam sposobów na uwolnienie powietrza w zdrowy sposób. Nie wiedziałam jak sobi pomóc i w końcu, po 3 latach balon pękł. Znowu się napiłam.
Wiesz kiedy?
Na kanarach.... przy Tobie, wtedy gdy kelner przyniósł mi nad basenem drinka (o którego nie prosiłam), a którego "koniecznie trzeba spróbować".
Nie umiem sobie przypomniec co miałam wtedy w głowie... ale sie napiłam. JEZU JAKA ULGA!!!!!!!!!!!
Wtedy poczułam się jakbym wróciła do domu po długiej podróży. Ogarniał mnie spokój i ukojenie.
Oczywiście na driunku się nie skończyło. Po chwili leżałyśmy z malibu na hotelowym korytarzu pod drzwiami pokoju:)
Wiedziałam, że jesteś cudowną, ciepłą, szczerą i naturalną osobą. Dlatego potem się tak zaprzyjaźniłyśmy! Nasze cotygodniowe herbaty w czajowni, rozmowy o naszych obecnych/byłych facetach, dramaty w pracy- tęsknię za tym.
Problem w tym, że na moje życzenie- w naszej relacji zaczął się lać alkohol. Imprezy, noce u mnie suto nakrapiane grzanym winem i puby. Ty zawsze chciałaś pić zdrowo - piwo albo dwa, ja po dwóch kuflach dostawałam nerwicy i musiałam pić więcej i więcej...do nieprzytomności. Najczęściej potem wymiotowałam, sikałam pod siebie a potem taplałam się w bagnie tego smrodu i wstydu.
Mogłaś tego nie zauważyć- zawsze byłam mistrzynią kamuflażu.
Byłaś dla mnie bardzo ważną czastką życia, Twoja relacja z A. była mi niesamowicie bliska, problemy z pracą i zmagania na uczelni śledziłam jakby to były moje sprawy. Strasznie lubiłam to jak cieszą Cię małe rzeczy, drobiazgi obok których inni przechodzą obojętnie.
Tym razem już tylko po roku zapijania się w domu, byłam zdruzgotana, wyczerpana psychicznie i fizycznie i przerażona tym co sie dzieje. Osiągnęłam moje dno- choć o tej konkretnej sytuacji o której myślę, wolę opowiadać na żywo. Picie przestało być ulgą a stało sie przymusem i istnym koszmarem.
Podjęłam decyzję o terapii. Chodzę na grupy do dziś. Nie piję ponad dwa lata i zaczynam naprawdę pewniej stąpać po ziemi.
Dorotko żeby zacząć żyć musiałam odciąć się od starego towarzystwa, starych imprez, nawyków i spotkań.
Z wieloma koleżankami po prostu przestałam wychodzić. Odmawiałam domówek i urodzin.
Dym, głośny bit, pasaż niepolda to strefy w których czuję się źle. Jezu po prostu chce mi się wtedy pić.
W otoczeniu ludzi pijących nie jestem wyluzowana, stale towarzyszy mi stresik i poczucie dyskomfortu. Jeśli mam byc szczera to mając 28lat, idąc na rynek i odmawiając alkoholu czuję się jak inwalidka.
Odstaję od towarzystwa - które najczęściej zadaje pytanie "czemu nie pijesz"? To pytanie nadal mnie rozbija i mam ochotę wbić pytającemu kufel w głowę:)
Dorotko nie próbuję się wytłumaczyć bo wiem, że Cię zraniłam. Wiem to bardzo dobrze. Jednak musiałam zawalczyć o siebie a Twoja buzia i śmiech kojarzyły mi się z naszym grzanym winkiem, martini i browarkami.
Nie byłam gotowa by powiedzieć Ci jaki jest powód.
Nie zasługiwałaś na to bym Cie okłamywała.
Pozostaje mi czekać, aż przestaniesz się starać o spotkanie.
Potraktowałam Cię źle, niesprawiedliwie i brutalnie. Odcięłam się od Ciebie - zostawiając Cię bez żadnego wyjaśnienia.
Przepraszam Cię za to z całego serca.
Poznałyśmy się ponad 3 lata temu. Pamietasz zobaczyłyśmy się na lotnisku w Warszawie w drodze na Kanary. Do dziś wyspy kanaryjskie kojarzą mi się z Tobą.
Widzisz kochana, mam prooblem z którym borykam się od 12lat. Jestem alkoholiczką - zaczęłam pić (czyt. chlać sama, wieczorami w domu) w wieku 16lat. Potem przyszły ciężkie studia i jeszcze cięższa praca. Każdego dnia w stresie, zawsze robiłam wszystko perfekcyjnie i nad wyraz odpowiedzialnie. Presję (zarówno prawdziwą jak i tę moją - wyimaginowaną) odreagowywałam imprezami i samotnym, smutnym piciem w domu.
W pewnym momencie życia zorientowałam się, że mam problem. Duży problem. Przestałam pić na 3 lata jednak wtedy - zrobiłam to tylko siłą woli - bez żadnego wsparcia terapeutycznego.
Przez te 3 lata ciśnienie, stres, nerwy i paniczne lęki narastały niczym balon. Do tego doszedł głód alkoholowy, poczucie gorszości i wszechogarniającego bezsensu.
Wtedy nie znałam sposobów na uwolnienie powietrza w zdrowy sposób. Nie wiedziałam jak sobi pomóc i w końcu, po 3 latach balon pękł. Znowu się napiłam.
Wiesz kiedy?
Na kanarach.... przy Tobie, wtedy gdy kelner przyniósł mi nad basenem drinka (o którego nie prosiłam), a którego "koniecznie trzeba spróbować".
Nie umiem sobie przypomniec co miałam wtedy w głowie... ale sie napiłam. JEZU JAKA ULGA!!!!!!!!!!!
Wtedy poczułam się jakbym wróciła do domu po długiej podróży. Ogarniał mnie spokój i ukojenie.
Oczywiście na driunku się nie skończyło. Po chwili leżałyśmy z malibu na hotelowym korytarzu pod drzwiami pokoju:)
Wiedziałam, że jesteś cudowną, ciepłą, szczerą i naturalną osobą. Dlatego potem się tak zaprzyjaźniłyśmy! Nasze cotygodniowe herbaty w czajowni, rozmowy o naszych obecnych/byłych facetach, dramaty w pracy- tęsknię za tym.
Problem w tym, że na moje życzenie- w naszej relacji zaczął się lać alkohol. Imprezy, noce u mnie suto nakrapiane grzanym winem i puby. Ty zawsze chciałaś pić zdrowo - piwo albo dwa, ja po dwóch kuflach dostawałam nerwicy i musiałam pić więcej i więcej...do nieprzytomności. Najczęściej potem wymiotowałam, sikałam pod siebie a potem taplałam się w bagnie tego smrodu i wstydu.
Mogłaś tego nie zauważyć- zawsze byłam mistrzynią kamuflażu.
Byłaś dla mnie bardzo ważną czastką życia, Twoja relacja z A. była mi niesamowicie bliska, problemy z pracą i zmagania na uczelni śledziłam jakby to były moje sprawy. Strasznie lubiłam to jak cieszą Cię małe rzeczy, drobiazgi obok których inni przechodzą obojętnie.
Tym razem już tylko po roku zapijania się w domu, byłam zdruzgotana, wyczerpana psychicznie i fizycznie i przerażona tym co sie dzieje. Osiągnęłam moje dno- choć o tej konkretnej sytuacji o której myślę, wolę opowiadać na żywo. Picie przestało być ulgą a stało sie przymusem i istnym koszmarem.
Podjęłam decyzję o terapii. Chodzę na grupy do dziś. Nie piję ponad dwa lata i zaczynam naprawdę pewniej stąpać po ziemi.
Dorotko żeby zacząć żyć musiałam odciąć się od starego towarzystwa, starych imprez, nawyków i spotkań.
Z wieloma koleżankami po prostu przestałam wychodzić. Odmawiałam domówek i urodzin.
Dym, głośny bit, pasaż niepolda to strefy w których czuję się źle. Jezu po prostu chce mi się wtedy pić.
W otoczeniu ludzi pijących nie jestem wyluzowana, stale towarzyszy mi stresik i poczucie dyskomfortu. Jeśli mam byc szczera to mając 28lat, idąc na rynek i odmawiając alkoholu czuję się jak inwalidka.
Odstaję od towarzystwa - które najczęściej zadaje pytanie "czemu nie pijesz"? To pytanie nadal mnie rozbija i mam ochotę wbić pytającemu kufel w głowę:)
Dorotko nie próbuję się wytłumaczyć bo wiem, że Cię zraniłam. Wiem to bardzo dobrze. Jednak musiałam zawalczyć o siebie a Twoja buzia i śmiech kojarzyły mi się z naszym grzanym winkiem, martini i browarkami.
Nie byłam gotowa by powiedzieć Ci jaki jest powód.
Nie zasługiwałaś na to bym Cie okłamywała.
Pozostaje mi czekać, aż przestaniesz się starać o spotkanie.
Potraktowałam Cię źle, niesprawiedliwie i brutalnie. Odcięłam się od Ciebie - zostawiając Cię bez żadnego wyjaśnienia.
Przepraszam Cię za to z całego serca.
niedziela, 20 października 2013
AA Dolny Śląsk
Mam dziwne podejście do AA i zacznę od tego, że praktycznie nie chodzę na spotkania.
Moi bliscy alkoholicy chodzą regularnie a ja jakoś nie mogę się przemóc.Kiedy pierwszy raz poszłam usłyszałam pytanie:
"Ale wiesz, że dzisiaj jest grupa dla uzależnionych? Dzień otwarty jest w ostatni czwartek miesiąca"
Zostałam potraktowana kliszowo i stereotypowo - ładna, niewyniszczona dziewczyna nie jest alkoholiczką tylko pewnie pije jej mama tato albo mąż.
Poza tym zraża mnie fanatyczne podejście do trzeźwienia a na takie rónież trafiłam.
Byłam łącznie na 3spotkanach więc nie mam podstaw by wypowiadać się o całości. Czuję potrzebę uczestnictwa bo terapia w końcu się skończy a wtedy zostanę na lodzie.
Dla siebie ale i dla Was wrzucam listę AA z Wrocławia i okolic.
http://www.aa.org.pl/mityngi/index009.htm
Ogromną niespodziankę zrobił mi przyjaciel z terapii, który wysłał mi wczoraj namiar do dziewczyny z AA, która też jest młodą, przebojową i odnoszacą sukcesy kobietą.
Będę chciała się z nią spotkać ale nie po to by gadac o piciu, tylko po prostu o życiu, facetach, przyszłości - bez obawy, że zaproponuje wódkę:)
Będę się zbliżać do AA małymi krokami:)
Moi bliscy alkoholicy chodzą regularnie a ja jakoś nie mogę się przemóc.Kiedy pierwszy raz poszłam usłyszałam pytanie:
"Ale wiesz, że dzisiaj jest grupa dla uzależnionych? Dzień otwarty jest w ostatni czwartek miesiąca"
Zostałam potraktowana kliszowo i stereotypowo - ładna, niewyniszczona dziewczyna nie jest alkoholiczką tylko pewnie pije jej mama tato albo mąż.
Poza tym zraża mnie fanatyczne podejście do trzeźwienia a na takie rónież trafiłam.
Byłam łącznie na 3spotkanach więc nie mam podstaw by wypowiadać się o całości. Czuję potrzebę uczestnictwa bo terapia w końcu się skończy a wtedy zostanę na lodzie.
Dla siebie ale i dla Was wrzucam listę AA z Wrocławia i okolic.
http://www.aa.org.pl/mityngi/index009.htm
Ogromną niespodziankę zrobił mi przyjaciel z terapii, który wysłał mi wczoraj namiar do dziewczyny z AA, która też jest młodą, przebojową i odnoszacą sukcesy kobietą.
Będę chciała się z nią spotkać ale nie po to by gadac o piciu, tylko po prostu o życiu, facetach, przyszłości - bez obawy, że zaproponuje wódkę:)
Będę się zbliżać do AA małymi krokami:)
wtorek, 17 września 2013
Nie wchodź 3 razy do tej samej rzeki
Po ponad 20 latach - historia miłosna moich rodziców dobiegła końca. A jak przebiegała? Kolorowo i dynamicznie. Tak - BARDZO dynamicznie.
Moi rodzice:
1. Poznają się w liceum (lata 60-te)
2. Biorą ślub w roku 77-tym.
3. Tato zaczyna pracować jako marynarz. Więcej go nie ma jak jest.
4. Rodzi się 1 dziecko. Tato dalej pływa.
5. Dochodzi do rozwodu.
6. Rodzice się schodzą. Rodzę się ja.
7. Koło 1990 - rodzice biorą rozwód nr 2
8. W miedzyczasie tato osiedla się na stałe w Toronto i zaczyna pić. Kontakt się urywa.
9. Przchodzi powódź i tracimy z mamą WSZYSTKO. Dosłownie. Mieszkamy u sasiadów, cioci itp. Dostajemy jakąś ruderkę bo poprzednie mieszkanie jest zbyt zagrzybione i nie da się w nim mieszkać.
10.Tato nie odzywa sie mimo powodzi i tego, że jesteśmy bez grosza.
11. Powoli stajemy z mamą na nogi. Tato po latach przestaje pić. Odnawia sie kontakt -mamy ok. 2000r
12. Tato na trzeźwo odbudowuje relacje i zaczyna strarać się o mamę. Zaczynaja rozmawiać. Więcej i dłużej niz kiedykolwiek wcześniej.
13.W międzyczasie w alko wpadam ja- ale to tak na marginesie:)
14.W 2011 tato przylatuje do Polski (!)
15. W latach 2011-2013 po setkach godzin na telefonie...po długich, bolesnych i oczyszczających rozmowach, mama decyduje sie polecieć do Toronto by ostatecznie zobaczyc, czy na żywo- nie przez tel - uda sie coś z tatą zbudować.
16.W Toronto - w sierpniu 2013 okazuje się, że...
NIC Z TEGO
Boli mnie czasem, że mam takiego tatę, ale to nie jest żal do losu czy Boga. To raczej litość i szczere współczucie.
Mój tato nie pije od kilkunastu lat, ale wg. mnie nie trzeźwieje (czyli nie rozwija sie duchowo i nie uzdrawia umysłu) tylko nadal myśli, działa i żyje w pijany sposób.
Abstynencja bez żadnego wsparcia terapeuty, grupy czy AA jest możliwa - ale wygląda jak u mojego taty. To samotna wegetacja.
Nie dziwię się mojej mamie, że nie znalazła szansy na bycie z osobą tak zgorzkniałą, smutną i przepełnioną goryczą.
Chwała jej za próby namówienia go na terapię. Chwała jej za cierpliwość w znoszeniu wrzasków "myślisz, że jestem psychiczny?". Chwała jej za mądrość, że odpuściła i odeszła.
Jakość życia to nasz wybór. A na wybory innych ludzi mamy ograniczony wpływ. Tato żyje jak chce i widocznie mu to pasuje. Mi nie pozostaje nic innego jak tylko to zaakceptować.
Moi rodzice:
1. Poznają się w liceum (lata 60-te)
2. Biorą ślub w roku 77-tym.
3. Tato zaczyna pracować jako marynarz. Więcej go nie ma jak jest.
4. Rodzi się 1 dziecko. Tato dalej pływa.
5. Dochodzi do rozwodu.
6. Rodzice się schodzą. Rodzę się ja.
7. Koło 1990 - rodzice biorą rozwód nr 2
8. W miedzyczasie tato osiedla się na stałe w Toronto i zaczyna pić. Kontakt się urywa.
9. Przchodzi powódź i tracimy z mamą WSZYSTKO. Dosłownie. Mieszkamy u sasiadów, cioci itp. Dostajemy jakąś ruderkę bo poprzednie mieszkanie jest zbyt zagrzybione i nie da się w nim mieszkać.
10.Tato nie odzywa sie mimo powodzi i tego, że jesteśmy bez grosza.
11. Powoli stajemy z mamą na nogi. Tato po latach przestaje pić. Odnawia sie kontakt -mamy ok. 2000r
12. Tato na trzeźwo odbudowuje relacje i zaczyna strarać się o mamę. Zaczynaja rozmawiać. Więcej i dłużej niz kiedykolwiek wcześniej.
13.W międzyczasie w alko wpadam ja- ale to tak na marginesie:)
14.W 2011 tato przylatuje do Polski (!)
15. W latach 2011-2013 po setkach godzin na telefonie...po długich, bolesnych i oczyszczających rozmowach, mama decyduje sie polecieć do Toronto by ostatecznie zobaczyc, czy na żywo- nie przez tel - uda sie coś z tatą zbudować.
16.W Toronto - w sierpniu 2013 okazuje się, że...
NIC Z TEGO
Boli mnie czasem, że mam takiego tatę, ale to nie jest żal do losu czy Boga. To raczej litość i szczere współczucie.
Mój tato nie pije od kilkunastu lat, ale wg. mnie nie trzeźwieje (czyli nie rozwija sie duchowo i nie uzdrawia umysłu) tylko nadal myśli, działa i żyje w pijany sposób.
Abstynencja bez żadnego wsparcia terapeuty, grupy czy AA jest możliwa - ale wygląda jak u mojego taty. To samotna wegetacja.
Nie dziwię się mojej mamie, że nie znalazła szansy na bycie z osobą tak zgorzkniałą, smutną i przepełnioną goryczą.
Chwała jej za próby namówienia go na terapię. Chwała jej za cierpliwość w znoszeniu wrzasków "myślisz, że jestem psychiczny?". Chwała jej za mądrość, że odpuściła i odeszła.
Jakość życia to nasz wybór. A na wybory innych ludzi mamy ograniczony wpływ. Tato żyje jak chce i widocznie mu to pasuje. Mi nie pozostaje nic innego jak tylko to zaakceptować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

